czwartek, 18 maja 2017

Szałasy w Gorcach czyli krajobrazy utracone

Mam jednak nieśmiałą nadzieję, że te kolorowe wspomnienia o szałasach w Gorcach z lat 70. XX wieku odebrane zostaną jak odnaleziony przypadkiem katalog starej wystawy muzealnej. Ekspozycji ciekawej, ale już "rozebranej". Wystawy, której autentyczne eksponaty uległy wprawdzie zniszczeniu, lecz sięgając po tę publikację można będzie ulec złudzeniu jej dalszego trwania.

Tak we wstępie świeżo wydanej publikacji Szałasy w Gorcach czyli krajobrazy utracone pisze jej autor – Wojciech Śliwiński. Książka ta, choć może lepszym określeniem byłby album, stanowi wznowioną, uaktualnioną i poszerzoną wersję publikacji z 1986 roku, wydanej przez Sądecką Oficynę Wydawniczą. Na ponad 600 stronach autor zamieścił unikatowe fotografie gorczańskich szałasów (zarówno czarno-białe, jak i kolorowe ­ORWO-CHROM), a także ich inwentaryzacje rysunkowe i pomiarowe z lat 1970-1982. Wiele z przedstawionych szałasów przestało już istnieć lub popada w coraz większą ruinę. Autor zestawił ich dawne fotografie z obecnymi, pochodzącymi w dużej mierze od młodszych pasjonatów.

Okładka publikacji z 2017 roku
Okładka publikacji z 1986 roku




Publikacja uzupełniona została materiałami kartograficznymi, opisami historycznymi, zapisami rozmów z pasterzami, a także osobistymi, niejednokrotnie zabawnymi anegdotami związanymi z licznymi pobytami autora w Gorcach. A tych było sporo, bo Wojciech Śliwiński zakochał się w Gorcach jeszcze w liceum – podczas jednego z wakacyjnych obozów wędrownych w 1961 roku. Im też poświęcił swoją pracę dyplomową, realizowaną na Wydziale Architektury Politechniki Krakowskiej, zatytułowaną Gorce – park krajobrazowy. Zainspirowany pracą Rudolfa Śmiałowskiego Architektura i budownictwo pasterskie w Tatrach Polskich, postanowił ocalić od zapomnienia już wówczas stopniowo porzucane i niszczejące szałasy gorczańskie.
Rysunek wykonany w 1974 roku przez Urszulę Wrotnowską uczestniczkę obozu zorganizowanego przez Wojciecha Śliwińskiego
 W latach 1970-1973 Wojciech Śliwiński prowadził inwentaryzację sam. Szybko jednak przekonał się, jak olbrzymia jest skala przedsięwzięcia, którego się podjął. Postanowił więc połączyć przyjemne z pożytecznym! W latach 1974-1975 zorganizował dwa wakacyjne obozy dla uczniów z pruszkowskiego technikum budowlanego, w którym był wówczas nauczycielem. W ramach obozów uczniowie dokonali inwentaryzacji i pomiarów kolejnych szałasów. Autor kontynuował dalsze prace także w późniejszych latach, już po przeprowadzce do Nowego Sącza, gdzie objął posadę w oddziale skansenowskim tamtejszego muzeum. W inwentaryzacji pomagał mu kolega jeszcze z czasów pruszkowskich, także nauczyciel i uczestnik obozów – Zbigniew Hadała. Tym sposobem do 1982 roku udało się zinwentaryzować aż 276 obiektów!
Hala Długa (fot. W. Śliwiński, 1974)

W książce z 1986 roku została zamieszczona tylko nieznaczna część zgromadzonych materiałów. Reszta ujrzała światło dzienne dopiero w najnowszej publikacji. Miejmy nadzieję, że pozwoli to ocalić je od zapomnienia. Taki właśnie cel przyświecał Wojciechowi Śliwińskiemu, gdyż jak sam pisze: Szałasom gorczańskim zabrakło choćby tego łutu szczęścia, jaki miały niektóre, bliskie ich krewniaczki z górskich wiosek; nieliczne chałupy, stajnie i stodoły, których kształt udało się na jakiś czas ocalić dla potomności, dzięki przeniesieniu do muzeów na wolnym powietrzu, gdzie znalazły azyl.
Przysłop Górny (fot. W. Śliwiński, 1973)
*Publikacja niestety ukazała w niewielkim nakładzie i nie jest jeszcze w sprzedaży. Jej egzemplarze na pewno trafią do bibliotek, które gromadzą książki o podobnej tematyce. Ja miałam to szczęście otrzymać jeden egzemplarz od autora, za co mu serdecznie dziękuję!

wtorek, 9 maja 2017

O sianokosach raz jeszcze

Tu u źródeł Sanu w tem uroczysku ziemi były pokoszone łąki dokoła i wonnem sianem pachniał cały Beskid...

Wincenty Pol "Obrazy z życia i natury"
Kotlina Sądecka (fot. N. Tokarczyk, 2011)


Sianokosy były obok żniw najważniejszym zajęciem okresu letniego dla mieszkańców wsi. Umożliwiały zgromadzenie zapasów siana, a od ich pomyślności zależał dobrobyt gospodarstwa w zimie. Tak więc w razie zbliżającej się burzy nawet w niedziele i święta uwijano się w polach, by uratować siano przed zamoknięciem. Sianokosy rozpoczynały się najczęściej na przełomie czerwca i lipca. Symboliczną datę ich rozpoczęcia wyznaczał dzień św. Jana Chrzciciela (24 czerwca), co zachowało się do dziś w powiedzeniach: Już świętego Jana, ruszajmy do siana!, czy Na świętego Jana pierwsze kopy siana.
Gorce okolice przeł. Przysłop (fot. N. Tokarczyk, 2009)
Beskid Średni (fot. N. Tokarczyk, 2016)
Trawę koszono ręcznie przy użyciu kosy. Kosiarzami byli przeważnie mężczyźni. Kobiety grabiły i przewracały podsuszone siano oraz zapewniały posiłki dla kosiarzy. Pracę rozpoczynano wcześnie rano, zaraz po wschodzie słońca, kiedy upał nie dawał się jeszcze we znaki. Poza tym trawę najlepiej kosiło się po rosie. Skoszoną trawę pozostawiano do wysuszenia bezpośrednio na ziemi lub układano w kopy. W wypadku słonecznej pogody po kilku-kilkunastu dniach siano zwożono drabiniastymi wozami do stodół lub składano w brogach. Z bliżej położonych łąk znoszono siano także na plecach, używając do tego dużych płacht z materiału.
Pasmo Podhalańskie (fot. N. Tokarczyk, 2011)

Gorce okolice przeł. Przysłop (fot. N. Tokarczyk, 2009)

Źródła informacji:
http://naludowo.pl